Niestety jak to w życiu bywa – wszystko co dobre, szybko się kończy. To już ostatnia część serii niepoważne abecadło copywritera. Przygotowałem zestawienie literek R-Z. Spostrzegawczy zapewne zauważyli, że na zdjęciu brakuje literki „Z” – przypadeq? Nie sądzę. W końcu to niepoważne abecadło. Zapraszam do zapoznania się również z poprzednimi wpisami: abecadło cz. 1, abecadło cz. 2 i abecadło cz. 3.
R – Rachunkowość
Przyznam szczerze, że nie jestem umysłem ścisłym, chociaż z tabliczką mnożenia w miarę sobie radzę – częściej przy pomocy kalkulatora niż głowy. Nie jest to jednak coś, za czym bym przepadał. Rachunkowość spędza sen z powiek większości humanistów. Zanim zacząłem prowadzić firmę, jak ognia unikałem wszelkich cyferek. Szybko się jednak przekonałem, że przy odrobinie wprawy jest to do ogarnięcia. Można się tego szybko nauczyć lub płacić księgowej. W przypadku niewielkiej działalności, naprawdę da się wszystko zrobić samemu. Skoro ja się nauczyłem, to każdy da radę.
No i jest jeszcze jeden plus rozliczania się na własną rękę. Gdy człowiek sam prowadzi rachunki, rozwija w sobie kreatywność. Szybko się uczy, na czym można zrobić koszty, by choć trochę zejść z podatku. To się nazywa kreatywna księgowość, czyż nie?
S – Spam
Internet jest pełen śmieci. Komentarze, szeptanki, łańcuszki i wszelkiego rodzaju pozostałe dobrodziejstwa. Spam jest jak kupa – nikt się tym nie chwali, ale każdy to robi. Coś tam napiszesz: jakiś bezwartościowy komentarz, hejt, wrzucisz badziewny link, zostawisz pojedynczy post na forum, wylejesz swoje smuty pod czyimś wpisem, klikasz w porno-linki na Facebooku – po prostu spamujesz. I nie. Nikt mi nie wmówi, że to Facebookowy wirus i, że samo się zrobiło. Przyznaj się, że klikasz w porno-linki na Facebooku albo wierzysz w brednie, że ktoś rozdaje Ajfony za darmo.
Spam ma różne formy. To nie tylko wiadomości e-mail, lądujące w odpowiednim folderze. To każda inna czynność, która sprawia, że internet staje się jednym wielkim śmietniskiem. Nie lubię spamu i nie lubię spamiarzy. To między innymi dlatego zaimplementowałem na blogu wtyczkę Disqus.
T – Target
Dość instrumentalne określenie odbiorcy, czyli osoby, do której kierowany jest przekaz. W marketingowym slangu przyjęło się określać go mianem targetu. Oczywiście nie ma w tym nic złego i nawet bym się z tego nie śmiał, gdyby tylko ten zwrot nie był nagminnie nadużywany, a jednocześnie tak bardzo nieprzestrzegany. Wiadomo, że przekaz treść powinna być kierowana do konkretnej grupy odbiorców. Szerszej lub węższej, ale w pewien sposób zdefiniowanej. Tymczasem na wielu stronach zdarza mi się czytać teksty niekierowane zupełnie do nikogo. Wy odbiorcy. Wy, czyli kto? Targetem tego bloga jesteś Ty drogi czytelniku, a nie jakaś bliżej nieokreślona grupa internautów. Dlatego zwracam się do Ciebie na Ty, a nie Wy. Bo „wy” to nikt, a Ty to Ty. Dla uproszczenia przyjąłem męską formę, chociaż zdaję sobie sprawę, że blog czytany jest również przez kobiety. No niestety. Uniżenie proszę o wybaczenie tego seksistowskiego zachowania, ale to jednak lepsze niż pisać w formie bezosobowej.
U – Umowa
Umowa to coś, co wywołuje dreszcze u zleceniobiorców i zleceniodawców. Serio. Ten podstawowy dokument, powinien zabezpieczać obie strony transakcji. Umowa to absolutna podstawa wszelakiej współpracy, a jednak wciąż czytam na forach narzekania, że ktoś został oszukany, że komuś nie przelano pieniędzy lub copywriter nie dotrzymał terminu. A umowa była? No nie było. Wszystko na gębę. Przyznaję, że początkowo też nie chciało mi się podpisywać umów, bo to komplikacja przedłużająca w czasie realizację zlecenia. Ale naciąłem się raz. Teraz stosuję zasadę, że do mniejszych zleceń zaliczka, do większych umowa. Zawsze. Umowy dyscyplinują obie strony do wywiązania się ze swojej części.
W – Wakacje
Wakacje? A co to są wakacje? Relikt z czasów szkolnych, gdy można było jeszcze rzeczywiście cieszyć się wolnym. Freelancerzy nie miewają wakacji. To taka dziwna sprzeczność, bo niby można wziąć sobie wolne, kiedy się chce i mieć wszystko w poważaniu. No ale… jak się nie pracuje, to się nie zarabia. Odłożyć trochę grosza, aby bezstresowo spędzić kilka tygodni, nie musząc martwić się o topniejące fundusze, naprawdę nie jest łatwo. Od czasu do czasu każdy potrzebuje chwili wytchnienia, ale nawet będąc na plaży, w lesie lub gdziekolwiek indziej ciężko jest zupełnie nie myśleć o pracy. Zwłaszcza gdy prowadzi się działalność gospodarczą i samemu jest sobie szefem. Pracując na etacie, teoretycznie można wszystko zostawić w tyle. Pracując na swoim – już nie za bardzo.
Z – Zzs/zbs
Podstawowa jednostka rozliczeniowa pomiędzy copywriterem a zleceniodawcą. Przyjęło się rozliczać teksty w zzs – znakach ze spacjami lub zbs – znakach bez spacji. Najczęściej w objętości 1000 lub 1800 znaków za konkretną stawkę. Liczenie wszystkiego na znaki uważam za pewnego rodzaju przegięcie. Ale zlecający sami chcą się w ten sposób rozliczać, więc nie przychodzi nic innego jak się dostosować.
Dlaczego uważam to raczej za negatywne zjawisko? Ponieważ wszystko sprowadza się do ilości napisanego tekstu, a nie jego jakości. Była umowa na 10 000 znaków ze spacjami, a sensownego materiału jest tylko na 6 000 znaków? To trzeba jakoś te 4 tysiące dobić. Wtedy najczęściej „leje się wodę”, pompując w tekst różnego rodzaju zapychacze. Z kolei czasami określony limit jest zbyt wąski i pasowałoby dopisać jeszcze kilka akapitów. Jednak za nadwyżki nikt nie zapłaci – w takim wypadku okalecza się tekst, by zmieścić się w limicie znaków. Niemniej jest do dość klarowne rozwiązanie, jeśli chodzi o wycenę. Należy tylko przyjąć pewną elastyczność i nie liczyć wszystkiego co do znaku i co do złotówki.
I to by było na tyle. Cykl nieco rozciągnął się w czasie, ale to przez nadmiar pracy nad innymi tekstami. Niestety nie samym blogiem człowiek żyje. Mam nadzieję, że „niepoważne abecadło copywritera” było miłą odskocznią od poważniejszych tematów.
The End.

Ja jeszcze dodałbym SEO i SEO Copywriting :)