Copywriting na luzie #MyFirst7Jobs

myfirst7jobs

Internetowe łańcuszki można podzielić na te ciekawe, głupie i bardzo głupie. Tych pierwszych oczywiście jest najmniej, ale gdy już się jakiś pojawia, chwyta za serca rzesze internautów. Właśnie tak jest z akcją #MyFirst7Jobs, gdzie internauci opisują swoje zawodowe początki.

Prowadzę blog o copywritingu, jednak czasami wstawiam również luźniejsze treści. W końcu nie wszystko musi być super poważne, a dzięki takim osobistym wpisom możesz mnie lepiej poznać. Jeśli interesują Cię podobne wpisy przeczytaj: 10 książek, które wpłynęły na moje życie.

Kim byłem, zanim doszedłem do miejsca, w którym teraz stoję (a właściwie siedzę)? Oto 7 moich pierwszy prac. Nie sądziłem, że znajdę ich aż 7, ale wystarczyło trochę pogrzebać w starych CV, a okazało się, że mógłbym dopisać do tej listy jeszcze kilka punktów.

1. Maskotka radia RMF FM

Tak, praca dla radia RMF FM była moją pierwszą oficjalną (i całkiem nieźle płatną) pracą zarobkową. Miałem wtedy chyba 16 lat. Pomagałem przy rozstawianiu jakiegoś zimowego eventu, sędziowaniu na zawodach i… robiłem za firmową maskotkę – smoka Matyldę. Dzieciaki łapały mnie za ogon i miały mnóstwo frajdy.

Pracę wspominam całkiem w porządku, chociaż mieliśmy wymagającego szefa, który potrafił docisnąć. I mimo że dostawałem solidny opieprz niemal codziennie, to byłem angażowany przez kilka kolejnych lat, więc chyba się sprawdzałem. Wyniosłem stamtąd sporo doświadczenia, jeszcze więcej cukierków i trochę gadżetów reklamowych, ale o tym cicho-sza.

2. Praca w McDonald’s

A nie, przepraszam. Nie przyjęli mnie do Maka. To było w liceum, chciałem sobie dorobić, niestety cały misterny plan poszedł… no, spalił na panewce.

2. Publikowanie opowiadań

W czasach licealnych i późniejszych pisałem dużo opowiadań, a następnie wysyłałem je do najróżniejszych czasopism. Niekiedy nawet płacili. Pamiętam, że za jedno z nich dostałem 500 zł, co dla początkującego autora było sporą kwotą. Za inne dostałem 100 zł, a za tekst w pewnym zbiorze opowiadań, gdzie podpisałem umowę wydawniczą na jakiś procent, nie otrzymałem ani grosza. Nawet się nie interesowałem sprzedażą i rozliczeniami, bo wtedy najważniejsze było, że mnie wydali.

3. Wielki kartograf

Zanim powstały Google Maps i Street View pomagałem w robieniu map dla GIS. Praca polegała na chodzeniu z mapą geodezyjną (albo jakąś w tym stylu) i oznaczaniu na niej numerów domów. I moi drodzy, dostawałem za to więcej niż obecnie niektórzy zarabiają na preclach. O ile pamiętam, coś około 1 zł za 1 naniesiony adres. Pieniądze były więc porządne, ale musiałem zjeździć na rowerze pół Podhala. Poznałem przy tym sporo terenów, o których nie miałem zielonego pojęcia, że istnieją w moim sąsiedztwie.

4. Sanitariusz w transportówce

Po maturze wyjechałem do Wrocławia, gdzie studiowałem ratownictwo medyczne na Akademii Medycznej, dziś to jest Uniwersytet Medyczny. Gdzieś pod koniec nauki udało mi się zahaczyć jako sanitariusz w prywatnym pogotowiu ratunkowym – takiej zwykłej transportówce.

Odczuwałem wtedy niezwykłą dumę. Ja, żółtodziób i przecież zaledwie student, jeździłem samodzielnie na transporty; może nie ratowałem życia, ale byłem istotnym elementem systemu ratowniczego. Poznałem tajniki zawodu, sporo ludzi i chyba tylko szczęściem nie miałem kontaktu z prokuratorem. No cóż, nie była to firma najwyższych lotów i w sumie już nie istnieje. Niekiedy mocno przekraczałem kompetencje zawodowe, nie będąc świadomym ryzyka. Z perspektywy czasu – im człowiek więcej wie, tym bardziej się boi.

5. Ratownik wodny

Na studiach, niejako przy okazji, zrobiłem uprawnienia ratownika wodnego. Trochę pracowałem na basenie, trochę nad jeziorami zabezpieczając obozy harcerskie. Ciężko uznać to za jedną pracę, bo na przestrzeni lat zatrudniony byłem w kilku miejscach m.in. w Białce Tatrzańskiej i w Murzasichlu. Obecnie niestety moje uprawnienia już wygasły, ale doświadczenie pozostało.

6. Ratownik medyczny i kierowca w Państwowym Ratownictwie Medycznym

To praca, w której najdłużej się utrzymałem i bardzo dobrze ją wspominam. Ratowałem życie łącznie przez 5 lat, jeżdżąc w zespołach wyjazdowych pogotowia ratunkowego (karetki S, P i T) i w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym. Przez jakiś czas byłem także kierowcą karetki. Najpierw pracowałem w Opolu, potem, po przeprowadzce w rodzinne strony, równolegle w szpitalach w Nowym Targu i Zakopanem. Każdy dzień przynosił coś innego, każdy wyjazd był inny. Lubiłem tę pracę, ale też jej nienawidziłem. Po pewnym czasie zorientowałem się, że ludzkie dramaty nie robią na mnie wrażenia; dopadł mnie syndrom „wypłukania z emocji” i wypalenia zawodowego. Pracowałem po 400-500 godzin w miesiącu i brałem absurdalnie długie dyżury. Widziałem tyle zgonów, że nie jestem w stanie ich policzyć i przestały robić na mnie jakiekolwiek wrażenie. Gdzieś tam przepadły ideały, a zaczęły liczyć się pieniądze. Każdy kolejny dyżur to było kilkaset złotych więcej na koncie. Więc odszedłem. Nie z własnej woli; po drodze komuś podpadłem, gdzieś powiedziałem o jedno słowo za dużo i się skończyło.

I to był punkt zwrotny w mojej karierze. Do tej pory sądziłem, że na zawsze pozostanę ratownikiem. Długo szukałem niszy, w której mogę na nowo się odnaleźć. Złożyłem podanie do policji i gdyby nie szokująco długi czas rekrutacji (2 lata) dziś pewnie byłbym policjantem. Przeszedłem prawie wszystkie etapy – badania, sprawnościówkę, test wiedzy i psychotesty. Wszystko było niemiłosiernie rozłożone w czasie, więc gdy przyszedł czas na ostatni etap tzw. wywiad środowiskowy, już rozwijałem swoją firmę i zrezygnowałem z dalszego uczestnictwa.

7. Doradca ds. ubezpieczeń

W okresie poszukiwania nowej ścieżki zawodowej miałem kilkumiesięczną przygodę z pracą w roli doradcy ds. ubezpieczeń. Nauczyłem się dużo o marketingu, sporo o rynku ubezpieczeń i finansów, ale to nie było dla mnie. Sposób pozyskiwania klientów to najzwyklejszy telemarketing – dzwonienie do ludzi i namawianie ich na spotkanie. Jak większość telemarketerów, mam obecnie traumę do telefonów. Mimo wszystko, dzięki darmowym szkoleniom całkiem nieźle radzę sobie z marketingiem. Tu trzeba przyznać, że szkolenie było na naprawdę wysokim poziomie.

Po trzech miesiącach zrzuciłem garnitur, przysiadłem do klawiatury i powróciłem do tego, co zawsze lubiłem najbardziej, czyli do pisania. I teraz jestem tu – copywriter freelancer. W maju tego roku minęły trzy lata odkąd żyję tylko z pisania i bardzo sobie to cenię. Codziennie wykorzystuję zdobyte doświadczenie i wiedzę w budowaniu wizerunku takich firm jak Twoja.

Plany na przyszłość

Sporo osób pytało, czy skończyłem z pisaniem opowiadań i czy planuję coś wydać. Otóż nie skończyłem, ale skupiam się na pracy copywritera i po prostu brakuje mi czasu, by pisać beletrystykę. Tym bardziej że prowadzę jeszcze blog o copywritingu.

W 2012 roku wydałem selfpublishingowy zbiór opowiadań „Hotel dla samobójców”, który został całkiem nieźle oceniony. Ponieważ nie zwracałem wtedy większej uwagi na korektę, teksty tam są nieoszlifowane. Postanowiłem, że w tym roku zrobię reedycję e-booka z porządnie wykonaną korektą i kilkoma dodatkowymi opowiadaniami. Kiedy? Pewnie przed wydaniem mikropowieści.

Tak! Powoli (bardzo powoli) pracuję nad mikropowieścią z gatunku science fiction. Fabuła z grubsza już jest, kilka pierwszych stron również i, jak mam nieco czasu, dopisuję kolejne strony. Dlaczego mikropowieść? Bo pomysł jest zbyt obszerny na opowiadanie, a zbyt jednowątkowy na pełną powieść, dlatego raczej zostanę przy formacie mikropowieści. Planuję ją napisać do końca roku. Potem proces wydawniczy, ale już dzisiaj wiem, że będę ją wydawał w formie e-booka w systemie selfpublishingowym. To projekt niekomercyjny, może zarobię na nim kilka złotych, może nie. Pisanie fantastyki traktuję jako rozluźniającą zabawę, a nie sposób na życie.

To #MyFirst7Jobs, a jakie są Twoje doświadczenia? Chętnie poczytam o nich w komentarzach, możesz także zostawić link do wpisu na swoim blogu.

4 Comments Add Yours

  1. Monika Kocher

    Na początek, gratuluję oczywiście odnalezienia swojej drogi :)

    Szkoda jednak, że nie jesteś już ratownikiem medycznym, bo to bardzo potrzebny zawód. Przekonałam się o tym na własnej skórze, akurat we Wrocławiu na Borowskiej. Zobaczyłam tam też, że ratownikom faktycznie nie wolno mówić za dużo… a pomagać chcą bardziej niż lekarze, którzy bawią się w spychologię.

    • Jerzy A. Kozłowski

      Coś się kończy, coś zaczyna. Nie ma sensu stać w miejscu, trzeba się rozwijać :)

    • Monika Kocher

      Jasne :) pomyślałam jedynie, że szkoda, że już nie pierwsza wykształcona osoba, wykonująca tak potrzebny zawód, rezygnuje. Nie tylko z powodu zamiłowania do czegoś innego, ale także z powodu wyzysku i innych nieprzyjemności.

  2. Czekam na opowieść :) Powodzenia!